sobota, 5 marca 2011

Fighter


„Wszystko w kinie zostało już powiedziane” – twierdzi Quentin Tarantino, idol prawdziwej rzeszy kinomaniaków – „Zadaniem filmowców jest teraz modyfikowanie i wykorzystywanie użytych już schematów”. Rzeczywiście w kinie cały czas przewijają się te same schematy, jednak często służą one do opowiedzenia zupełnie nowej historii, wprowadzającej na filmowe salony nieco świeżości. Najnowszy film Davida O. Russella „Fighter” jest doskonałym przykładem, który to potwierdza.
O kinie sportowym, a precyzyjniej bokserskim (choć nie mam pojęcia, czy można profesjonalnie „zaliczać” jakiś film do takiego gatunku), od dawna mówi się jako o przykładzie kina wyeksploatowanego, kinie kilku schematów, których nie sposób ominąć i rozwinąć. Bo od czasów kultowego „Rocky’ego” z Sylvestrem Stallone mieliśmy prawdziwą serię bliźniaczych filmów spod znaku rękawicy i ringu. Owszem, filmy te miały swoje wzloty i upadki, ale każdy opowiadał niemalże tą samą historię. Jedynie w zależności od pozycji zawodowej głównego bohatera – boksera, nieco inaczej toczyła się opowieść. Wielki mistrz przegrywał i musiał dać z siebie wszystko, by powrócić na szczyt, nowicjusz udowadniał wszystkim, że się mylą, wylewając z siebie siódme poty na treningach. W końcu przychodzi pora na wielki pojedynek, od którego zależy przyszłość naszego boksera, który symbolizuje walkę o lepszą przyszłość. Nie zapominajmy też o rodzinie, która tradycyjnie we wszystko była zaangażowana, jako motywacja bohatera do dalszej walki, czy to ze względów finansowych, czy moralno-honorowych. A najczęściej oparty jest na prawdziwej historii.
Każdy (zastrzegam, że to uogólnienie nie wyklucza wyjątków J) film opowiadający o boksie ma więc odpowiednią podstawę – bohatera boksera, motywacje działań – upadek wielkiego mistrza lub ambicje nowicjusza, konflikt – potrzebę zarobku i ckliwe miłosno-rodzinne problemy w tle. I „Fighter” też wszystkie te elementy ma, włącznie z prawdziwymi bohaterami jako podstawą do scenariusza.
Micky Ward (Mark Wahlberg) jest młodym bokserem, bratem Dicky’iego (Christian Bale), synem Alice Ward (Melissa Leo). Dicky to były bokser, który niegdyś zaprzepaścił szansę na wielką karierę przez narkotyki. Żyje przeszłością, wiecznie wspominając swoją jedyną wielką walkę, marzy o come backu, a w międzyczasie trenuje młodszego brata. Ich matka i manager Micky’iego, Alice wychowuje dziewięcioro dzieci i śladem bohaterów „Mody na sukces” wyznaje, że „rodzina jest najważniejsza”. Obok apodyktycznej matki, ojca, który nie potrafi przejąć władzy nad domem, łańcuszka dorosłych sióstr wciąż mieszkających z rodzicami i brata-ćpuna Micky marnuje swój talent, uwięziony w toksycznych więzach rodzinnych. Jest dość nieśmiały, nie potrafi ubiegać się o swoje, przyjmuje wszystko z lekkim grymasem na twarzy. To Dicky jest prawdziwą gwiazdą – wszyscy ludzie go znają, nazywany jest dumą Lowell, matka więcej mówi o jego come backu niż o karierze młodszego syna, a siostry są w niego wpatrzone jak w obrazek. Rodzina nie chce zauważyć, że ich największa duma przegrała swoje życie i jest wrakiem człowieka. Przez to Micky brnie w drogę pełną porażek, kierując swą karierę nad skraj przepaści. Pewnego dnia ojciec młodego boksera zapoznaje go z barmanką – Charlene (Amy Adams) – wyrzuconą z college’u dziewczyną, której ambicje utopiły się w browarze, który codziennie nalewa swoim zapijaczonym klientom. Z czasem ich znajomość się rozwija. Pewna siebie dziewczyna okazuje się znakomitym antidotum dla zniszczonej złym dyrygowaniem kariery Micky’iego. Wraz z lokalnym biznesmenem, policjantem i ojcem boksera podsuwa ukochanemu kolejną szansę na spełnienie marzeń o lepszym życiu, której ceną ma być odrzucenie matki i brata. Micky decyduje się na to, gdy Dicky zostaje zatrzymany i zamknięty w więzieniu. Kariera nabiera tempa, a gdy przychodzi pierwsza trudna walka taktyka obrana przez Micky’iego zawodzi. Dopiero gdy korzysta z rady brata, udaje mu się wygrać. Wygrana otwiera przed bokserem drzwi do walki o mistrzostwo świata, rodzi również dylemat, czy lepsze dla niego będzie dalsze podążanie drogą wyznaczoną przez Charlene, czy powrót do brata i matki.
Przez lwią część seansu zastanawiałem się, czy słaby charakter głównego bohatera jest zgodny z założeniem, czy jest to efekt zbyt oszczędnej gry Wahlberga. Rzeczywiście niesamowity brak własnego zdania i godzenie się na kierowanie swym losem nieco szkodzi snutej historii, a Wahlberg nie potrafił podołać temu wielkiemu aktorskiemu wyzwaniu i dodać tej postawie wiarygodności. Nie ułatwiło mu tego znakomite towarzystwo – nagrodzeni Oscarami Christian Bale i Melissa Leo. Christian Bale rolą Dicky’iego stworzył najlepszą kreację aktorską od czasów Jokera Ledgera, dosłownie piorunując widza gigantyczną paletą zagrań aktorskich. Doskonałe panowanie nad głosem, niesamowita gra postawą, oczami, świetna mimika, a oprócz tego niesamowite poświęcenie (schudł do tej roli ponad dwadzieścia kilogramów, by wyglądać jak wyniszczony narkotykami). Bale zmienił się nie do poznania, grając trochę podobną metodą, co wspomniany Ledger. Bale dosłownie przekształcił się w Dicky’iego, co podkreślają twórcy filmu, pokazując obok napisów końcowych autentyczne nagranie dwóch braci bokserów. Melissa Leo w roli prostackiej baby, rzucającej na lewo „fuckami” i wydychając dym papierosowy na prawo, tworzy postać z krwi i kości, jednocześnie nie karykaturując swojej bohaterki.
„Fighter” łączy w sobie wiele elementów klasyki kina bokserskiego, ale mimo ugranych schematów na ekranie, widz nie ma wrażenia znudzenia i nieświeżości. David O. Russell zwraca uwagę na niełatwe położenie głównego bohatera. Szansa Micky’iego na karierę jest dla jego najbliższych okazją do wyleczenia się z kompleksów i zrekompensowania sobie życiowych klęsk. Właśnie osadzenie boksera w tej sytuacji jest czymś, z czym do tej pory w kinie bokserskim nie mieliśmy do czynienia, a co fascynuje i wciąga. Zaserwowane z wybitną kreacją Christiana Bale’a pozwala przeboleć momenty dłużyzn i utarte schematy. Nie przeszkadza banalnie szkolny montaż i przekonująca o autentyczności narracja. Widz rozsiada się w fotelu i ogląda. A czasem nawet podziwia.